niedziela, 8 lutego 2015

Wykonujemy peeling kawitacyjny w domu

Nadszedł czas na obiecywany od pewnego czasu post o peelingu kawitacyjnym. Pierwszy raz z peelingiem kawitacyjnym zetknęłam się podczas ...tegorocznych wakacji w Szczawnicy i wizyty w jednym z tamtejszych SPA. Peeling został wykonany na mojej skórze (twarz, szyja, dekolt) jako wstęp do mezoterapii igłowej. Najpierw jednak decyzję o peelingu poprzedziła dokładna diagnoza mojej skóry. Ponieważ moja skóra nie należy do delikatnych, albo wrażliwych, peeling mógł być wykonany przed zabiegiem mezoterapii.

Postanowiłam sprawdzić, czy urządzenie do wykonywania peelingu kawitacyjnego w domu jest dostępne w sprzedaży tylko dla specjalistycznych gabinetów, czy również dla klientów indywidualnych. Okazało się, że każdy z nas może go nabyć. Po długotrwałym procesie zapoznawania się ze szczegółami technicznymi i porównywania różnych urządzeń, wybór padł na BIOSONIC MINI model BS 300 firmy BIOMAK (zakupu dokonałam na stronie internetowej www.biomak.pl). Koszt urządzenia to 297 zł, a ja dodatkowo skorzystałam z promocji i za 5 zł zakupiłam zestaw preparatów do sonoforezy.


BIOSONIC MINI jest urządzeniem do wykonywania w domu zabiegów sonoforezy (wprowadzanie preparatów pielęgnacyjnych w głąb skóry za pomocą ultradźwięków), peelingu (oczyszczanie, usuwanie obumarłego naskórka) oraz mikromasażu (działanie liftingujące). Model ten jest wersją z zasilaczem, a nie na akumulator. Nie zdecydowałam się też na urządzenie z większą ilością funkcji (czyli na tzw. kombajn kosmetyczny).

Samo urządzenie jest łatwe w obsłudze, ale wymaga przestrzegania kilku prostych zasad. Po pierwsze nie może pracować "w powietrzu" - bez kontaktu ze skórą, bo ulegnie uszkodzeniu, ani zbyt długo w jednym miejscu, bo może poparzyć. Podczas wykonywania peelingu należy pamiętać o naniesieniu dużej ilości płynu na skórę, ponieważ zjawisko kawitacji nie będzie zachodzić w wystarczającym stopniu i może dojść do oparzenia. Inne ułożenie głowicy zalecane jest do peelingu (węższą stroną), a inne do sonoforezy (szerszą stroną) - instrukcja dołączona do urządzenia w jasny sposób wszystko tłumaczy. W celu nabrania wprawy urządzenie wypróbowałam najpierw na skórze dłoni. Dopiero kiedy byłam pewna, jak należy trzymać i jak szybko przesuwać głowicę, wykonywałam zabiegi na twarzy, dekolcie i szyi. Podczas peelingu obserwujemy mgiełkę unoszącą się nad przesuwaną po skórze głowicą. Producent zapewnia, że głowicę wystarczy przesunąć maksymalnie 2 razy po każdym obszarze skóry poddawanym peelingowi, aby uzyskać optymalne rezultaty. Swój peeling wykonuję w następujący sposób:
- na wybranym obszarze rozprowadzam płyn (wodę),
- dotykam węższą stroną głowicy do skóry,
- włączam aparat,
- przesuwam głowicę,
- wyłączam aparat,
- nawilżam skórę ponownie,
- dotykam głowicą skóry po raz drugi,
- włączam aparat,
- przesuwam głowicę,
- wyłączam aparat,
- poddaję zabiegowi kolejny obszar skóry.
Podczas wykonywania zabiegu sonoforezy nie obserwujemy mgiełki, a rozprowadzone na skórze preparaty wnikają całkowicie do kilku minut po zabiegu. Urządzenie nie jest do wyłącznego użytku jednej osoby i po odkażeniu głowicy zabieg można wykonać u kogoś innego.

Jeśli chodzi o zakupione w promocji zestawy preparatów do sonoforezy, to budzą one moje obawy. Wszystkie dostarczone mi produkty zawierają w składzie formaldehyd. Pracując zawodowo w laboratorium naukowym jestem naprawdę przerażona obecnością tej substancji w kosmetykach. Jest to substancja silnie toksyczna i żrąca, a jej roztwory używa się między innymi do konserwacji tkanek (formalina). Jestem przeszkolona nie tylko jak uniknąć zagrożenia w pracy z tą substancją, ale też jak pozbywać się nadal niebezpiecznych odpadów ciekłych zawierających tak niskie stężenia formaldehydu jak 2%. Sprawdziłam - dopuszczalne stężenie formaldehydu w gotowym kosmetyku stosowanym na skórę to 0,2%. Kolejny raz uważam, że istnieją sposoby pozwalające na skuteczne zabezpieczenie kosmetyku przed psuciem i wykluczenie toksycznego konserwantu ze składu. Na dzień dzisiejszy wykonałam na sobie tylko 2 zabiegi sonoforezy i możliwe, że na tym się skończy przygoda z preparatami firmy BIOMAK. Szukam innych kosmetyków do tego typu zabiegów i mam nadzieję, że uda mi się znaleźć jakieś o "lepszym" składzie. Jeśli znacie jakieś inne, to proszę dajcie mi znać w komentarzach, albo mailem (mój adres: blogzkremem@gmail.com). Z góry dziękuję:-)

Jakie są moje wrażenia po kilkukrotnym użyciu aparatu BIOSONIC MINI? Jestem zadowolona z tego urządzenia. Peeling kawitacyjny okazał się w moim przypadku najefektywniejszą metodą usuwania obumarłego naskórka. Zabieg jest szybki (5-10 minut), bezbolesny i myślę, że koszt urządzenia zwróci się dość szybko. Skóra po zabiegu jest rozjaśniona i gładka. Niepokoi mnie jednak to, że podczas wykonywania peelingu urządzenie już po chwili jest całe mokre (nie tylko głowica). Jakby nie było, jest przecież podłączone do prądu. Radzę sobie z tym przerywając zabieg i wycierając nadmiar wody. Podczas zabiegu chwilami możemy słyszeć nieprzyjemne dźwięki (piszczenie), które dla osób o bardzo wrażliwym słuchu mogą być wręcz nie do wytrzymania. Zdarzyło mi się też kilkukrotnie odczuć bardzo silne rozgrzanie głowicy, w dodatku rozgrzanie nastąpiło naprawdę błyskawicznie. Co więcej, według mnie skóra była wtedy wystarczająco zwilżona, a głowica była przesuwana sprawnie i nie za wolno. Na razie uznam to za mój brak wprawy, ale jeśli sytuacje takie będą się powtarzać, skontaktuję się z producentem.

niedziela, 1 lutego 2015

Clarena - kosmetyki profesjonalne w domu: serum z witaminą C (OVERNIGHT 100% VIT C SHOCK SERUM)

Podczas wakacyjnego pobytu w Szczawnicy odwiedziłam SPA, gdzie polecono mi kosmetyki profesjonalne marki CLARENA. Pisałam już o nich trochę w kontekście domowego zestawu do mezoterapii igłowej. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam serum z witaminą C: OVERNIGHT 100% VIT C SHOCK SERUM (TERAPIA SZOKOWA NA NOC Z 100% WITAMINĄ C).

Zapytacie pewnie, dlaczego zdecydowałam się akurat na to serum. Właściwości witaminy C stosowanej bezpośrednio na skórę poznałam już kilka lat temu. Nie tylko działa profilaktycznie zmniejszając oznaki starzenia się skóry, ale również dodaje cerze naturalnego blasku i rozjaśnia przebarwienia. Jednak do tej pory sama przygotowywałam serum na bazie dostępnych w internecie przepisów (np. woda, krople JUVIT C, witamina E lub A+E w kapsułkach, ewentualnie koenzym Q10 w kapsułkach). Serum tak przygotowane jest bardzo wydajne, tanie, ale ma tylko około 2-tygodniowy termin przydatności, należy go przechowywać w lodówce, i chronić przed światłem, ma niemiłą konsystencję (klei się na skórze) i specyficzny zapach. Postanowiłam porównać ich działanie.

Produkt dostarczony jest w estetycznym i profesjonalnym opakowaniu. Zawiera 10 ampułek o pojemności 3ml każda. Producent zaleca stosowanie kosmetyku na noc, przez 10 dni. Wskazana jest ochrona przeciwsłoneczna. Jeśli chodzi o działanie to, poza dość mocnym podrażnieniem (skóra sprawiała wrażenie całkowicie niezdolnej do regeneracji: zmiany trądzikowe nie chciały się goić, a następnie pozostawiały długotrwałe, zaczerwienione ślady), nie zaobserwowałam innych widocznych efektów. Faktem jest, że po kilku tygodniach skóra zaczęła wyglądać bardzo dobrze, ale niestety z racji upływu czasu nie mogę być pewna, czy to właśnie ten kosmetyk polepszył jej stan. Serum przyjemnie pachnie, łatwo się rozprowadza, nie klei się, a 3ml w zupełności wystarczają na twarz, szyję i dekolt.



Jeśli przyjrzymy się dokładniej składnikom, to przyczepić się można do obecności glikoli (PEG) i alkoholu benzylowego. Uważam też, że można sobie darować dodatki zapachowe i barwniki, jednak rozumiem strategię firmy dostarczającej estetycznie wyglądające i przyjemne w użyciu produkty dla wymagających klientów i profesjonalnych gabinetów kosmetycznych. Plusem są oczywiście wyciągi pozytywnie wpływające na skórę: ekstrakt z żeń-szenia, wyciągi z alg, ekstrakt z kory wierzby białej. Producent informuje, że w kosmetyku znajduje się witamina C o 100% stężeniu. Patrząc jednak na skład widzimy, że stężenie witaminy ulega rozcieńczeniu z racji obecności wielu innych składników. Szkoda, że producent nie podaje tego "ostatecznego" stężenia, bo informacja tego typu może wprowadzić klientów w błąd.



Myślę, że serum robione samodzielnie działa lepiej, ale jego stosowanie jest mniej przyjemne niż gotowego produktu marki CLARENA przedstawionego powyżej. Przygotowując kosmetyk samodzielnie, same możemy zdecydować o stężeniu witaminy C w końcowym produkcie. Co prawda, najprostsze serum przygotowane w domu nie będzie zawierało prezentowanych powyżej ekstraktów, ale według mnie nie osłabi to znacząco jego działania. Kolejną kwestią jest cena. Oczywiście przygotowując serum samemu wyraźnie zaoszczędzimy. Nie każdy jednak chce przygotowywać kosmetyki samodzielnie, albo znosić ich obniżony komfort użytkowania (jak np. zapach, kolor, konsystencja, wchłanianie, krótkie terminy przydatności, specjalne warunki przechowywania - ciemne szkło, obniżona temperatura). Same więc zdecydujcie, które rozwiązanie odpowiada Wam najbardziej.

niedziela, 25 stycznia 2015

Walczymy ze zmianami trądzikowymi

Niektórzy z Was być może pamiętają, że swoją cerę określam jako mieszaną. Pomimo trzydziestu trzech lat nadal walczę ze zmianami trądzikowymi. W moim przypadku zmiany te nie są zbyt liczne, a ich pojawianie się jest wynikiem wielu czynników. Nie poddaje skóry specjalnemu leczeniu dermatologicznemu. We własnym zakresie próbuję jednak ograniczyć występowanie tych zmian. Mam nadzieję, że ten post przybliży Wam moje sprawdzone sposoby.

Będąc nastolatką, wychodziłam z błędnego założenia, że cerę trądzikową najlepiej wysuszyć. Na szczęście dzisiaj już wiem, że należy postępować dokładnie odwrotnie. Przy cerze trądzikowej / mieszanej szczególną uwagę zwracać trzeba na odpowiednie nawilżenie, ale też natłuszczenie. Nie tylko staram się wybierać kosmetyki zawierające substancje aktywne o znanym działaniu nawilżającym, ale przestałam unikać olejków i innych tłustych kosmetyków (nie zapominajmy, że błony naszych komórek zbudowane są głównie z fosfolipidów). Niektóre oleje pozwalają regulować prawidłowe wydzielanie sebum. Zwracam uwagę na to, czy mają one działanie komedogenne (czy zatykają pory skóry) i jeśli okazuje się, że tak to wtedy staram się je ograniczyć, albo nawet wykluczyć. Kolejną ważną kwestią jest dokładne oczyszczanie i regularne usuwanie obumarłego naskórka. Po wielu latach prób, zdecydowanie najlepszą metodą oczyszczania mojej skóry okazało się mydło Alep. Nie mylmy oczyszczania z demakijażem, do którego używam osobnego produktu. Zmiany trądzikowe mogą ulec dodatkowym podrażnieniom, a nawet zaostrzyć się w wyniku źle dobranej metody usuwania martwego naskórka. U mnie najlepiej sprawdzały się peelingi enzymatyczne, a ostatnio przerzuciłam się na peeling kawitacyjny, który moja skóra znosi bardzo dobrze (więcej na ten temat już wkrótce). Co więcej peeling kawitacyjny ma pomagać w walce z trądzikiem poprzez niszczenie bakterii obecnych na powierzchni skóry. Peeling kawitacyjny stosuję regularnie dopiero od kilku tygodni i niestety nie mogę jeszcze potwierdzić jego działania w tej kwestii.

Wszystkie te zasady pielęgnacyjne pozwalają mi utrzymywać skórę w dobrej kondycji, ale nie zapobiegają zupełnie zmianom trądzikowym. Co więc robię, kiedy mam już problem?

  • W przypadku zmian pojedynczych, nanoszę na taką zmianę odrobinę olejku eterycznego rozmarynowego, albo z drzewa herbacianego (np. Przedsiębiorstwa KEJ, cena: ok. 10 złotych, dostępne w aptekach). Przy czym w moim przypadku olejek rozmarynowy sprawdza się o wiele lepiej, niż ten z drzewa herbacianego. Olejki nie zawsze pomagają, a niestety prowadzą do powstawania tzw. suchych skórek.

  • Ostatnio zakupiłam preparat bio NATURODERM marki PHYT'S działający na skórę stymulująco, oczyszczająco i antyseptycznie (opakowanie 15ml). Zawiera on liczne wyciągi roślinne z: rauwolfii, wilżyny, malwy, czarnej porzeczki, jemioły, lawendy, cytryny, szałwii, lebiodki (oregano), rosiczki, dziurawca, bodziszka, wąkroty azjatyckiej (Gotu kola) oraz olejek goździkowy. Sprawdza się o wiele lepiej niż oba olejki eteryczne przedstawione powyżej, ale nadal nie wszystkie zmiany mu się poddają. Wysusza trochę mniej niż olejki, ale brak mi w nim działania regenerującego.


  • Poszukując czegoś, co zadziała bardziej kompleksowo, natrafiłam na preparat w sztyfcie Cleanance SPOT marki Pierre Fabre LABORATOIRES DERMATOLOGIQUES AVENE. Nie ma on nic wspólnego z preparatami bio, a nawet można w nim znaleźć składniki uznawane za niekorzystne dla naszego zdrowia (chociażby BHT). Jeśli chodzi o samo działanie to jest ono rewelacyjne. Preparat robi to wszystko, co możemy sobie wymarzyć: reguluje wydzielanie sebum, wysusza zmiany, ogranicza namnażanie się bakterii, dogłębnie oczyszcza. Oprócz szkodliwego składu ma niestety również inne wady: jest stosunkowo drogi i bardzo szybko się kończy - w opakowaniu znajdziemy zaledwie 0,25g produktu, co w moim wypadku wystarczyło na zaledwie kilka aplikacji. Wady produktu przeszkadzają mi na tyle, że nie zdecyduję się na ponowny zakup.




















  • Kolejnym sposobem na złagodzenie zmian trądzikowych była maska oczyszczająca z MELVITY (na bazie glinki). Niestety została wycofana z produkcji i jak dotąd nie znalazłam innej działającej w podobny sposób. Staram się jednak użyć jakiegoś preparatu z glinką i/lub wyciągami z lawendy, co pomaga ukoić zmiany na mojej skórze.
Oprócz tego, każdego roku staram się robić dodatkowe kuracje oczyszczające i pomagające usunąć potrądzikowe blizny i przebarwienia. Mowa tu o różnego rodzaju kosmetykach z kwasami (np. toniki, kremy) i pochodnymi witaminy A (retinoidy). Najprościej mówiąc kuracje te mają na celu przyspieszenie odnowy skóry i głębsze niż podczas klasycznych peelingów złuszczanie naskórka. Ze względu na nadwrażliwość odnawiającej się skóry na promienie słoneczne, kosmetyki takie stosuję tylko w zimowych miesiącach.

Mam nadzieję, że informacje tu podane mogą się Wam przydać. Zapraszam do komentowania - piszcie śmiało, jak Wy radzicie sobie ze zmianami trądzikowymi i co w Waszym przypadku działa najlepiej. Przypominam też adres email: blogzkremem@gmail.com

niedziela, 18 stycznia 2015

WYPRZEDAŻE 2015

Wczoraj otrzymałam już ostatnią paczkę z zakupami kosmetycznymi, jakie zrobiłam podczas tegorocznych, zimowych wyprzedaży. Oto one:



W SEPHORZE zakupiłam:
- olejek do włosów marki OJON (-50%),
- serum marki Dr.Brandt (-30%).

W sklepie z kosmetykami bio (www.mondebio.com):
- krem i serum marki PHYT'S (-31%),
- szampon marki DERMACLAY (już kiedyś go Wam przedstawiałam, to moje kolejne opakowanie, nie był objęty wyprzedażą i nie ma go na zdjęciu).

W sklepie internetowym MELVITY:
- wodę pomarańczową (-38%),
- "nadzwyczajną" wodę młodości (nie była objęta wyprzedażą),
- maskę ujędrniającą do twarzy (-28%),
- serum rzeźbiące do ciała (-50%).

Mezoterapia igłowa, a Matricium marki BIODERMA

Jak już wiecie, swoją skórę poddałam serii zabiegów mezoterapii igłowej. W tym kontekście chciałabym Wam opowiedzieć o preparacie MATRICIUM stworzonym przez markę BIODERMA.

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że nie jest to kosmetyk, ale wyrób medyczny! Jego zadaniem  jest wspomóc odbudowę zniszczonych/uszkodzonych na skutek np. zabiegów dermatologicznych warstw skóry. Świetnie nadaje się więc do użytku po mezoterapii igłowej. Oprócz tego producent poleca użycie MATRICIUM w przypadku poparzeń pierwszego stopnia oraz na różnego rodzaju podrażnienia  i wysuszenie spowodowane pogodą, albo zmianami hormonalnymi. Preparat nie tylko nawilża, ale też chroni uszkodzone tkanki.

Jakie są moje wrażenia?
Zacznijmy od tego, że preparat zamknięty jest w sterylnych, plastikowych ampułkach (30 x 1ml). Ryzyko zakażenia przenoszonego drogą kosmetyku jest więc wykluczone. Cały produkt okazale prezentuje się w masywnym, przezroczystym pudełku. Zawartość jednej ampułki to 1ml i dla mnie jest to objętość, która ledwo wystarcza na twarz, szyję i dekolt. Preparat przypomina wodę, nie klei się i dość szybko się wchłania. Stosowałam po jednej ampułce każdego wieczoru (czyli nie tylko bezpośrednio po samej mezoterapii). Zawartość rozprowadzałam w dłoniach, a następnie delikatnie po całej skórze poddanej zabiegowi. Efekty były zauważalne dopiero po wielu dniach: wszelkie podrażnienia szybciej znikały, skóra szybciej się regenerowała i w ogóle lepiej wyglądała.



*Zdjęcie niestety nie jest mojego autorstwa - moje uległo uszkodzeniu, MATRICIUM już dawno mi się skończyło i nie miałam jak zrobić nowego. Zdjęcie zostało ściągnięte ze strony www.opinie.senior.pl

Skład na opakowaniu jest zaprezentowany inaczej niż w dołączonej ulotce. Swoje opakowanie kupiłam w paryskiej aptece będącej oficjalnym dystrybutorem produktów marki BIODERMA, więc jestem spokojna o oryginalność produktu. Możliwe natomiast, że BIODERMIE przydałaby się aktualizacja informacji dołączonych do produktów. Na które informacje by nie patrzeć, to bardzo bogaty w korzystne dla skóry składniki preparat zwraca uwagę wielu konsumentów.














Według mnie preparat świetnie się nadaje do użycia równocześnie z mezoterapią igłową. Po pierwsze zawiera liczne składniki korzystnie wpływające na odbudowujące się, uszkodzone zabiegiem tkanki, dostarczając im ważnych składników (witaminy, sole mineralne, aminokwasy, sól kwasu hialuronowego, cukry i peptydy). Jest sterylny i łatwo się aplikuje z plastikowych ampułek. Co bardzo ważne - nie zawiera konserwantów, dodatkowych substancji zapachowych, barwników, ani alkoholi. Dzięki temu możemy bezpiecznie stosować go po mezoterapii igłowej nie bojąc się, że do naszego organizmu wprowadzimy zbędne i szkodliwe związki chemiczne.

Podsumowując:
MATRICIUM stosowane po zabiegach mezoterapii igłowej przyspiesza odnowę skóry. Poprawia jej wygląd poprzez dostarczenie ważnych składników; nawilża, odżywia i koi. Według mnie jest to jednak preparat dający efekty raczej po dłuższym stosowaniu, ale za to długotrwałe.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kosmetyki marki SAMPAR - działają świetnie, ale czy jest jakieś "ale"?

Mieszkając we Francji trudno jest nie natknąć się na kosmetyki marki SAMPAR. Nie jest to marka "bio", ale kosmetyki te mocno wyróżniają się pośród innych. Znam je już od kilku lat. Najpierw miałam okazję wypróbować wersję miniaturową musującego peelingu enzymatycznego, a w wakacje zdecydowałam się na zakup promocyjnego zestawu (SEPHORA, letnie soldy). Wszystkie dotychczas znane mi kosmetyki tej marki sprawdziły się całkiem dobrze. Czy są jednak bez wad? Pozwólcie, że przedstawię je Wam bliżej.

Nie są to kosmetyki tanie i nie będę ukrywać, że mój ostatni zakup podyktowany był bardzo dużą obniżką. Za jakieś 60% regularnej ceny maseczki do twarzy udało mi się kupić nie tylko maskę (So Much To Dew Midnight Mask, 50ml, a nie 15ml jak oznaczono na kartoniku), ale też krem do twarzy (So Much To Dew Day Cream, 15ml) i krem do rąk (First Hand Cream, 30ml). 



Zacznijmy od składu owych produktów (widoczny na zdjęciu poniżej). Producent reklamuje So Much To Dew Midnight Maskjako kosmetyk podobny składem do ludzkiego naskórka, co zapewnić ma optymalne właściwości regeneracyjne. Przyglądając się bliżej składnikom, znajdziemy jednak kilka, które uznaje się za niekorzystne dla naszego zdrowia. Mowa tu o takich substancjach jak: alkohol benzylowy, BHT, czy metylizotiazolinon. Trudno uwierzyć, że substancji tych nie można zastąpić innymi, o lepszej reputacji.
Jeśli chodzi o samo działanie to maska sprawdza się świetnie: łagodzi podrażnienia, skóra szybciej się regeneruje i jest bardziej jędrna. Używam jej na noc (wtedy oprócz maski nie nakładam żadnego innego kosmetyku), raz na tydzień - dwa. Mimo, że producent nic na ten temat nie pisze, to ze względu na higienę, po użyciu dokładnie płuczę i suszę pędzel znajdujący się na zakończeniu tubki z maską.



Działanie kremu do rąk (First Hand Cream) miałam okazję sprawdzić podczas tegorocznego, zimowego pobytu w Polsce. Temperatura spadała kilkukrotnie do minus kilkunastu stopni i trzeba przyznać, że krem (stosowany wieczorem i rano) całkiem nieźle chronił skórę dłoni. Może nie były one super nawilżone, z miękką i delikatną skórą, ale krem wyraźnie zmniejszał podrażnienie. Mimo niekorzystnych warunków atmosferycznych skóra rąk nie pękała.
Przyglądając się składnikom tego kosmetyku, ponownie znajdziemy kilka uznanych za zdecydowanie niekorzystne dla naszego zdrowia: alkohol benzylowy, metylizotiazolinon, czy eugenol.

Krem do twarzy (So Much To Dew Day Creamdziałał najsłabiej z zestawu. Bardzo szybko się wchłaniał, przyjemnie pachniał, nie wałkował się i nie utrudniał wykonania makijażu. Poza tym nie działał jakoś szczególnie i miałam wrażenie, że po nałożeniu po prostu pozostaje na skórze. Za plus uznam, że nie obciążał, ani nie "zapychał" skóry.
Podobnie jak w powyżej prezentowanych kosmetykach, również w tym pośród licznych składników znajdziemy "czarne owce": ceteareth-25 (mieszanina oksyetylenowanychalkoholi), BHT, metylizotiazolinon, metylchloroizotiazo-linon.

Czas na podsumowanie...
Kosmetyki marki SAMPAR zwracają uwagę swoim stosunkowo silnym działaniem, ale wadą są dla mnie ich niektóre składniki. Od marki tak nowatorskiej, jako świadoma klientka, oczekuję więcej wysiłku i zdecydowanie większego bezpieczeństwa użycia kosmetyków. Nie przekonują mnie niskie stężenia znanych ze szkodliwego działania substancji. Kosmetyki skończyłam, ale na przyszłość będę się trzymać od nich z daleka oczekując, że być może firma zmieni w przyszłości swoją strategię produkcyjną.

wtorek, 6 stycznia 2015

Mezoterapia igłowa - nie ma się czego bać!

Podczas letnich wakacji w Szczawnicy, mój pakiet pobytowy zawierał między innymi kupon do SPA. Postanowiłam poddać się nowemu dla mnie zabiegowi mezoterapii igłowej. Szczerze mówiąc, trochę się go obawiałam ze względu na te igły, ale przemogłam się i postanowiłam chociaż raz spróbować.

Zacznę od przedstawienia Wam stanu mojej skóry. Mam 33 lata, skórę mieszaną ze skłonnością do trądziku. Na twarzy mam już zaznaczone pierwsze zmarszczki: mimiczne (na czole) oraz na szyi. Nie mam jeszcze tzw. kurzych łapek, a bruzdy nosowo-wargowe są bardzo słabo widoczne. Raczej nie mam przebarwień, ale znajdzie się kilka drobnych śladów potrądzikowych. Do tej pory, oprócz gotowych produktów z kwasami i retinoidami, nie stosowałam żadnych mocniejszych zabiegów na moją skórę.

Wizyta rozpoczęła się dokładną diagnozą stanu skóry. Osoba wykonująca zabieg zdecydowała o wykonaniu mocniejszego peelingu (kawitacyjnego - o tym napiszę Wam w innym poście). Skóra została znieczulona kremem EMLA i odkażona, a następnie wykonano zabieg głowicą z igłami o długości 0,5mm. Na koniec nałożono serum witaminowe i maskę.

Wrażenia z zabiegu:

  • Zalecono wykonanie znieczulenia, gdyż aparat wprowadzający igły pracuje dość szybko i wibruje, co (podobno) jest nieprzyjemne, a nawet bolesne.
  • Po zabiegu odradza się mycie twarzy do następnego dnia (mój zabieg odbył się popołudniu). Zabieg jest inwazyjny, więc trzeba bardzo uważać, aby skóry niczym nie zakazić. Zabronione są między innymi: basen, opalanie, makijaż (przynajmniej przez kolejne 24h). Trzeba też uważać na to, jakich kosmetyków używa się po zabiegu, ponieważ bariera jaką stanowi skóra nie jest w pełni sprawna i preparaty kosmetyczne wnikają w naskórek głębiej niż zwykle.
  • Prawdą jest, że mój zabieg został wykonany w lecie, ale uwierzcie mi trafiłam na bardzo profesjonalny gabinet i bardzo musiałam się naprosić, aby wykonanie tego zabiegu w ogóle wzięto pod uwagę. Ostatecznie zabieg został wykonany, gdyż utrzymywała się brzydka pogoda, obiecałam, że zrezygnuję z basenu i opalania (a nawet z wyjścia na spacer) i miałam ze sobą filtr 50 SPF.
  • Zaraz po zabiegu widoczne było lekkie zaczerwienienie (bez opuchlizny), które zniknęło po około godzinie. Brak było ran, czy siniaków, jak to opisują niektórzy po swoich zabiegach.
  • Dwa - trzy dni po zabiegu skóra była lekko chropowata, ale był to też moment, kiedy rewelacyjnie reagowała na kosmetyki, np. nałożenie nadzwyczajnej wody z MELVITY nie tylko silnie ujędrniało skórę, ale powodowało wyraźne spłycenie zmarszczek mimicznych.

Skorzystałam z okazji i podczas rozmowy w gabinecie dowiedziałam się nie tylko, że mezoterapię igłową możemy wykonać samodzielnie w domu, ale też jak to zrobić i jakich preparatów użyć. Firma, której produkty mi polecono to CLARENA. Rzeczywiście, w ich ofercie znalazłam zestaw do domowej terapii mikroigłowej (Caviar Roller Home Therapy, Domowa terapia mikroigłowa z kawiorem). Zakupów możemy dokonać bez problemu na ich stronie internetowej, co od razu sprawdziłam. Zamówienie zostało zrealizowane szybko i sprawnie. Zestaw zawiera nie tylko rolkę z igłami, ale też ampułki z serum oraz dokładną instrukcję w języku polskim.






Od czego zacząć?

Najpierw zakupiłam porządny środek odkażający. Polecono mi octenisept, który bez problemu znalazłam w aptece. Zabiegi najlepiej wykonuje mi się w piątkowy wieczór, po kąpieli. Najpierw oczywiście pozbywam się makijażu, dokładnie oczyszczam skórę i wykonuję peeling. Następnie na wacik nanoszę środek odkażający i bardzo dokładnie rozprowadzam na całym obszarze  skóry poddawanym zabiegowi (twarz, szyja, dekolt). Zgodnie z instrukcją, rolkę wielokrotnie przesuwam po powierzchni skóry w różnych kierunkach, partia po partii, dostosowując nacisk do wrażliwości danego obszaru. Następnie zawartość ampułki rozprowadzam w dłoniach i nanoszę na poddaną zabiegowi skórę. Po zabiegu rolkę należy odkazić zgodnie z instrukcją (środek odkażający, wrzątek). Rolka z zestawu wystarcza na około 10 zabiegów.

Zabieg mezoterapii igłowej, wykonany przeze mnie w domu, NIE JEST BOLESNY I NIE WYMAGA ZNIECZULENIA. Wrażenie jest może chwilami nieprzyjemne, ale naciskiem rolki możemy to odczucie regulować. Porównałabym je do dotyku ostrej szczotki.

Co do gotowego zestawu to mój miał jedną, szczególną wadę: rolka już po pierwszym użyciu zaczęła przeraźliwie piszczeć, jakby wymagała naoliwienia...

Efekty?

Przede wszystkim po każdym zabiegu obserwuję złuszczanie naskórka, co przekłada się na późniejsze polepszenie wyglądu skóry. Po zabiegu skóra lepiej wchłania nanoszone na nią substancje, więc staram się dobrać jak najkorzystniejszy skład kosmetyków. Po 11 zabiegach moje zmarszczki nadal nie zniknęły. Zupełnie mnie to nie martwi, ponieważ dowiedziono naukowo, że to nie zmarszczki, ale przebarwienia i różne "nierówności" skóry odbieramy negatywnie jako oznaki starzenia się. Te z kolei zdecydowanie się u mnie zmniejszyły i myślę, że mezoterapia igłowa odegrała tu bardzo ważną rolę. Konkretniej: dziś drugi raz poszłam do pracy bez makijażu. W moim przypadku jest to duża różnica, bo do tej pory stan skóry nie pozwalał mi swobodnie czuć się bez podkładu mineralnego. Moja cera nadal nie jest idealna, ale różnica jest znaczna i mam nadzieję, że stan skóry jeszcze się poprawi.